Anus mundi
dodane: 23 września 2001
Książka "Anus mundi" (1966) nie jest powieścią, choć czyta się ją jak
pasjonującą powieść. Jest dokumentem. Wszystkie występujące w niej
postacie są autentyczne, podobnie jak autentyczne są przeżycia autora:
sytuacje, w których się znajdował i wydarzenia, w których uczestniczył.
Miał niepełne 21 lat, kiedy 14 czerwca 1940 r. przybył z więzienia gestapo
w Tarnowie w pierwszym transporcie więźniów politycznych do obozu
koncentracyjnego w Oświęcimiu. Było ich 728. Tu nazwiska zamieniono im na
numery. Odtąd mieli być tylko przedmiotami, własnością SS, zarejestrowaną
w obozowej kartotece pod numerami od 31 do 758.
Wiesław Kielar stał się numerem 290 i tak zaczął się blisko pięcioletni
okres jego życia nierozerwalnie związany z nazwą KL Auschwitz i dziejami
tego obozu.
Reklama
Datę osadzenia w nim tej polskiej grupy więźniów politycznych historia
określa jako początek funkcjonowania obozu oświęcimskiego, jako pierwszą
kartę jego tragicznych rozdziałów, choć trzy tygodnie przedtem sprowadzono
tu z obozu koncentracyjnego Sachsenhausen 30 niemieckich kryminalistów,
osobiście dobranych przez późniejszego kata oświęcimskiego rapportfuehrera
Gerharda Palitzscha. Oni to, oznaczeni w Oświęcimiu numerami 1 do 30,
razem z niewielką jeszcze wtedy, bo liczącą niewiele ponad setkę ludzi,
załogą SS stanowili istotną część struktury organizacyjnej obozowego
systemu terroru i gwałtu. To oni byli gorliwymi pomocnikami esesmanów na
różnych odpowiedzialnych stanowiskach, pełniąc funkcje blokowych i
nadzorców. Życie 728 więźniów z pierwszego transportu stało się zależne
nie tylko od SS, ale także od przestępców kryminalnych. "Od tej chwili
byliśmy numerami skazanymi na dożywotnie przebywanie w KL Auschwitz -
napisze Kielar wiele lat po wojnie - a co to jest obóz koncentracyjny,
mieliśmy się niebawem przekonać".
Nikt nie będzie w stanie powiedzieć o Oświęcimiu pełnej prawdy, kiedy
odejdą jej ostatni świadkowie. Jest ona niewyobrażalna, przerasta granice
percepcji każdego człowieka, jeśli sam tego nie przeżył. Dla ludzi, którzy
mieli szczęście urodzić się już w czasie pokoju, i dla tych, którzy będą
przychodzili na świat, KL Auschwitz będzie się stawał coraz bardziej
odległym w czasie symbolem, tragicznym, ale przecież w jakimś sensie
odhumanizowanym, martwym jak cmentarny nagrobek, mimo gigantycznych,
straszliwych rozmiarów tego cmentarza. Bo nawet owe cztery miliony ludzi
tam zamordowanych, zamienionych w dym i popiół, są dzisiaj dla większości
współczesnych tylko martwą liczbą, umownym pojęciem. Nie budzi wyobraźni
ani myśl o tym, że były to cztery miliony osobowości już ukształtowanych i
tych, które dopiero miało uformować życie, że ta liczba oznacza cztery
miliony pojedynczych losów ludzkich, indywidualnych radości i dramatów,
planów i nadziei, uczuć i konfliktów, które zostały unicestwione
jednocześnie z fizyczną zagładą.
I to jest jedna z podstawowych, najokrutniejszych prawd o Oświęcimiu.
Dlatego też świadectwo Kielara, przywołujące ją wiele lat po rozgromieniu
hitleryzmu, wydaje się wydarzeniem szczególnej wagi.
Autor jest bowiem bezpośrednim świadkiem zbrodni oświęcimskiej, i to od
samego początku, od pierwszego jej aktu, do samego końca, przez wszystkie
jej etapy. Swą niezwykle szeroko zakrojoną, niejako panoramiczną powieścią
autobiograficzną wypełnia on ziejące dzisiaj pustką baraki i ulice obozów
Oświęcimia i Brzezinki ludźmi, którzy żyjąc w tym piekle wiedzieli, że
skazani są na nieuchronną śmierć, jaka wcześniej czy później musi nadejść.
I to najczęściej śmierć ohydna; im bardziej zła, tym więcej podła. Było
jej pełno dookoła każdego dnia i nocy, w każdej niemal godzinie. Stała się
zjawiskiem tak powszechnym i pospolitym, że można się było do niej po
prostu przyzwyczaić.
- Możesz także:
- wysłać link do znajomego
- lub wydrukować tą stronę