Logowanie

Artykuły

Sen o Ameryce

dodane: 19 marca 2006

  Ten art napisałem w połowie sierpnia '01 i był już gotowy "w wersji beta". Miałem go jeszcze doszlifować i lekko dopracować, kiedy to nadszedł dzień 11 września. Szybko zorientowałem się, iż treści przekazane w tej pracy nie mogą ujrzeć światła dziennego, kiedy cały świat (łącznie ze mną) opłakuje kilka tysięcy zmarłych w World Trade Center i kilku innych zabudowaniach - a wśród nich większość Amerykanów. Plik "Sen o Ameryce.TXT" utknął gdzieś w zakamarkach mojego komputera. Aż do dzisiaj.

      Myślę, że rany dostatecznie się zabliźniły, ażeby moje wypociny na temat narodu amerykańskiego mogły zostać zaprezentowane szerszej publiczności. I żeby mi nikt potem nie myślał, że to ja zorganizowałem cały ten atak! Może i nie darzę wielką sympatią tych... ale, przejdźmy do samego arta.

Reklama

      W te wakacje miałem przyjemność (hmm... chyba powinienem napisać przyjemność w cudzysłowiu...) pobytu przez blisko trzy tygodnie w Stanach Zjednoczonych. Tam też przez jakiś tydzień mieszkałem w typowej, amerykańskiej rodzinie. Moje wrażenia i spostrzeżenia zamieszczam poniżej. Postaram się także wyjaśnić, dlaczego określenie 'typowy', w USA wcale nie oznacza 'normalny'.

      Wchodzę ze swoimi tobołami do domu. Dom jak dom: trzy samochody, dziewięć telefonów podłączonych do trzech oddzielnych linii oraz basen w ogródku i komputer w większości pomieszczeń... (potraktujcie ostatnie zdanie jako zapis na marginesie: mieszkałem w stanie Connecticut (CT), który ma podobno najwyższy dochód na mieszkańca w całych Stanach, a więc nie dziwcie się, że większość ludzi była nieźle dziana). Hi, Hi, How are you? i tym podobne bzdety, po czym słyszę: "Don't take off your shoes!" Nawet mnie to nie zdziwiło, w końcu jestem gościem i mam na sobie dwa plecaki etc. NIE - oni nigdy nie zdejmują butów (no, chyba że idą spać). Perski, nie perski dywan, butów ściągać im się nie chce. Jedziemy dalej.

      Jedzenie. O tu, jest naprawdę ostra jazda. Nie uświadczycie tutaj pichcenia ani nic takiego. Jak Amerykanin jest głodny, to jedzie do fast-foodu. Ludzie tam jedzą fatalnie - wszystko tłuste i kapiące, aż się rzygać chce. A nawet jeśli udało mi się dostać coś przyrządzonego w ich własnym domu, to i tak jadłem to z jednorazowego talerzyka - przecież takiego nie trzeba myć... Poza tym narodowym sportem jest barbecue. Zbiera się cała rodzinka i wpiernicza hamburgery domowej roboty. No, prawie domowej, bo skoro bułki, do których wkłada się mięso są fabrycznie rozcięte wzdłuż, ażeby jak najmniej się przy nich namęczyć... Nie sposób jeszcze nie wspomnieć o pewnej jajecznicy: po tygodniu jedzenia tejże potrawy dowiedziałem się, że pochodzi ona nie bezpośrednio z jajek, ale z KARTONU! Wlewają zawartość na patelnię i gotowe! Jakie to pomysłowe ;-).

      Chciałbym powiedzieć, że taki tryb życia nie wpływa ujemnie na ich wygląd. Chciałbym, ale nie mogę. Gdzie nie wyjdziesz, tam sadło i tłuszcz. Średnia wagi: uff, lepiej nie mówić. Aż obrzydzenie bierze, jak wyjdziesz na ulicę. Nie darmo sami Amerykanie mówią o problemie otyłości jako o epidemii... Oprócz niezwykle tam popularnego joggingu ludzie nie mają żadnej formy aktywnego wypoczynku. Chociaż... jeśli dziennie spędzają po kilka godzin w super- hiper- czy innym -markecie, to to też jest chyba jakaś forma rekreacji ;-). Chyba niedługo przestaną się mieścić w swoich "brand niu kars", którymi jeżdżą wszędzie. Podobno jeden gościu manewrował samochodem przez dobrych kilka minut po swoim parkingu, żeby zebrać leżące tam w nieładzie gazety. Na pytanie, dlaczego nie wyjdzie i nie zbierze ich normalnie, co zajęłoby mu z dziesięć sekund, odpowiedział, że mu się nie chce.

Odjazdowe tapety


zobacz więcej