Logowanie

Artykuły

OD PEKINU DO PEKINU (część pierwsza)

dodane: 6 kwietnia 2008

  Decyzja zapadła szybko, po prostu postanowiliśmy "jedziemy" i jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy, mimo wielu przeciwności losu i porad innych. Wyjechaliśmy do Chin tylko we dwoje, tuż przed ślubem, za to z ambitnym planem zobaczenia wszystkiego, co dla nas najcenniejsze w tym kraju. Zobaczenia tego "innego" świata własnymi oczami i o własnych siłach, bez pośrednictwa agencji czy przewodników. Chwilami nie było łatwo, ale dzięki temu bardziej doceniamy NASZĄ chińską wyprawę i wciąż tęsknie spoglądamy w kierunku chińskiej ziemi, która stała się NASZYM RAJEM na ziemi. W tym kraju, bowiem, każdy znajdzie coś dla siebie.


DZIEŃ PIERWSZY

  Poranne przebudzenie o godzinie 4:30, planowany wyjazd z domu 5:15, ale oczywiście opóźniony, jak zwykle przeze mnie (kobiety tak mają). Na szczęście na dworzec w Katowicach zdążyliśmy bez problemu i punktualnie o 6:00 wyruszyliśmy IC do Warszawy. Na lotnisko im. Fryderyka Chopina dojechaliśmy wcześniej już zamówioną taksówką, która czekała na nas - koszt 35 zł.

Reklama

  Ze względów ekonomicznych wybraliśmy Aeroflot, mimo przedziwnych historii na jego temat, w końcu do odważnych świat należy!!! No właśnie należy, ale niekiedy, tak jak w naszym przypadku, z godzinnym opóźnieniem. Odprawa na lotnisku poszła sprawnie, zajmowanie miejsc także, jednak gdy już się usadowiliśmy na swych miejscach ogłoszono komunikat, że należy wysiąść i zidentyfikować własne bagaże (wskazać które lecą z nami do Moskwy). Reszta lotu bez niespodzianek, jednak przy lądowaniu odczuwaliśmy lekki niepokój, mając w pamięci tyle różnych opowiadań o chlubie rosyjskiego lotnictwa.

  Lot trwał 90 minut, ale dzięki strefom czasowym, w Moskwie wylądowaliśmy o 16:00 lokalnego czasu (w Polsce 14:00). Planowany start do Pekinu dopiero o 22:25, mieliśmy więc sporo czasu na zaznajomienie się z Szeremietiewem - zacnym reliktem komunizmu. Więźniowie turystyczni, uwięzieni na lotnisku, bez dostępu do świeżego powietrza (wszędzie słabo działająca klimatyzacja), ze zbyt małą ilością krzesełek w poczekalniach. 17:12 - desperacja (już!!!) popycha nas do nauki angielskich słówek ze słownika - codziennie jedna literka - twarde postanowienie, jak zwykle nie dotrzymane. Wreszcie wzywają nas do checkpointu i tam kolejny desperacki pomysł na spędzenie czasu - Tomek uczy mnie czytania cyrlicy, skutecznie mniej lub bardziej.

  No i wreszcie wejście na pokład samolotu - lot trwał 7 i pół godziny, z dość znacznymi turbulencjami niemal przez cały czas, co nie przeszkadzało jednak Rosjanom spacerować i wznosić toasty, mimo upomnień i próśb stewardów. W Pekinie wylądowaliśmy szczęśliwie o 9:50 dnia następnego (14.06.2006) lokalnego czasu. ALLELUJA!!! I już wtedy wiedziałam, że z całej tej wyprawy, najbardziej boję się POWROTU(!)

Odjazdowe tapety


zobacz więcej